piątek, 28 października 2016

„NIGDY… się nie poddać” - czyli z życia wzięte



Kiedyś, gdy byłem dziennikarzem Tygodnika Regionalnego ECHO GMIN, zorganizowano zamknięte spotkanie towarzyskie pracowników oraz przyjaciół tego (nieistniejącego już niestety) tygodnika. Spotkanie zorganizowane było z wielkim rozmachem w jakiejś leśniczówce koło Starej Kuźni, a ku mojemu zaskoczeniu, na spotkaniu było bardzo wiele osób. Usadzono nas z żoną przy stole pośród towarzystwa kompletnie nieznanych nam osób, ale bardzo szybko przełamaliśmy wszelkie lody, co jest raczej dosyć powszechnym zwyczajem na tego typu spotkaniach towarzyskich. Oczywiście byliśmy sobie wzajemnie przedstawieni, jednak pan siedzący obok nas bardzo się zainteresował słysząc moje nazwisko.
- Fuławka, Fuławka mówi ten pan tu w Kędzierzynie –Koźlu jest sporo osób o tym nazwisku. 

- A to ciekawe mówię - gdyż nie znam tu nikogo innego o takim nazwisku, poza moją rodziną.

- Jak to? – mówi ten sąsiad od stołu  Jest tu jakiś polityk, jest artysta plastyk, no i jest dziennikarz.  A o nich wszystkich bardzo często jest dosyć głośno.– skonstatował.
Tutaj roześmialiśmy się z żoną i wytłumaczyliśmy naszemu zdumionemu sąsiadowi, że tych wiele znanych Fuławków - to jest jedna i ta a sama osoba , gdyż zajmuję się wieloma różnymi zawodami i odmiennymi sprawami, co jest bardzo często zauważane, a bywa że publicznie  jest omawiane i komentowane (o mej działalności politycznej wspominam na końcu posta w PS.).  
Pan zdumiał się jeszcze bardziej, gdy wytłumaczyliśmy mu, dalsze moje umiejętności , typowo techniczno-inżynierskie, są kompletnie nie związane z pracami humanistyczno-artystycznymi  - co kilka lat później wyszczególniono w publikacji „Who is Who w Polsce”.
Wszyscy śmialiśmy się z tej wielości Fuławków w Kędzierzynie-Koźlu, ale to tylko poprawiło dalszy nastrój biesiadników.


Dawno temu w Radiu Maryja usłyszałem zdanie, które podobno było mottem życiowym Winstona Churchill’a , a które składa się z sześciu słów i brzmi następująco: Nigdy, nigdy, nigdy się nie poddać. Owo motto bardzo przypadło mi do gustu, ale zdałem sobie wówczas sprawę, że dosyć często i niemal od zawsze kieruję się nim we własnym życiu. 


Z początkiem 2014 roku, pan redaktor Piotr Moc z Radia Opole zaproponował mi zrobienie reportażu na mój temat, w którym chciałby przedstawić moje dotychczasowe prace, nie tylko w dziedzinie malarstwa. Pan redaktor przez kilka godzin nagrywał moje różne wypowiedzi i zrobił z tego materiału ponad dwudziestominutowy reportaż. Ten reportaż pod tytułem: „Jestem samoukiem” –można znaleźć (do odsłuchania)  w witrynie Radia Opole pod adresem http://radio.opole.pl/123,238,jestem-samoukiem
Na w/w witrynie zamieszczone jest też zdjęcie mojego obrazu pt. „W matni”, który dawno temu chyba stał się powodem wielu moich problemów i wręcz otwartej wojny, głównie z dawnym Ministerstwem Kultury i Sztuki, którą to wojnę w rezultacie wygrałem.
 Obraz był też włączony do pracy dyplomowej pewnej studentki (za moją wiedzą i zgodą), o czym wspominam na stronie http://www.fulawka.pl/olejne50.html 
Został zakupiony przez jakiegoś konesera z Anglii, a później wykonałem na zamówienie dwie repliki tego obrazu. Obraz „W matni” uważam za jeden z najlepszych z serii moich surrealistycznych prac, co wielokrotnie podkreślono w reportażu pana Piotra Moca.
Być może kiedyś zdecyduję się opisać tę moją walkę z MKiS w stylu „Dawida z Goliatem” oraz moje dosyć skomplikowane perypetie związane również z tym obrazem.

Natomiast nieco później pani redaktor Ewa Bilicka z Nowej Trybuny Opolskiej również zrobiła reportaż na mój temat pt „Jestem bojownikiem” , co zostało opublikowane w świątecznym wydaniu gazety w dn. 14 kwietnia 2014 r. Ten reportaż można znaleźć w witrynie Nowej Trybuny Opolskiej pod adresem : http://www.nto.pl/magazyn/reportaz/art/4611639,grzegorz-fulawka-jestem-bojownikiem,id,t.html
Szkoda że ten reportaż jedynie w części można odczytać na stronie NTO, ale być może gdzieś w Internecie można znaleźć go w całości - bez skrótów.

Znacznie wcześniej bo w grudniu  2006r w Nowej Gazecie Lokalnej (także w świątecznym  wydaniu NGL) ukazał się pierwszy bardzo obszerny reportaż na mój temat pt. „Łebski facet spod Kobylic” – autorstwa pana redaktora Andrzeja Kopackiego. Niestety nie można tej publikacji odnaleźć w Internecie, dlatego tylko zacytuję krótki jej fragment.  
 (-)Miał wiele sukcesów jako racjonalizator także w branży rolniczej. Wymyślił np. całkiem prostą metodę produkcji dmuchaw do siana.

- Wraz z kolegą opracowaliśmy prototyp, dokumentację i cały proces technologiczny. Cała Opolszczyzna „trzaskała” wówczas te dmuchawy – wspomina Grzegorz Fuławka. - Szły za tym duże pieniądze. Nie zgodziłem się jednak, aby do tego wniosku racjonalizatorskiego, a zatem i do gratyfikacji dopisywać różnych działaczy partyjnych, sekretarzy i podobnych im pasożytów. No i tak skończyła się moja kariera w tejże spółdzielni.

Po tym wszystkim wyprowadził się z Prudnika wraz z żoną i ponownie przyjechał do szybko rozwijającego się wówczas Kędzierzyna. Pech nie opuszczał go również w zakładzie Naukowo-Badawczym przy „Azotach”, gdzie pracował jako konstruktor specjalista. W firmie tej przepracował w sumie 10 lat, ale odszedł z podobnych względów, co w Prudniku. (-) Był to czas, kiedy pan Grzegorz stawiał pierwsze kroki jako plastyk, w zasadzie za namową teścia Zenona Pawlaszczyka ze Starej Kuźni, który też pięknie malował.  (-) Po odejściu z „Azotów” Grzegorz Fuławka otworzył pracownię plastyczną tuż przy kozielskim areszcie (-)”.
 
Wszystkie tytuły w/w reportaży oraz ich treść mają wspólny mianownik, wywodzący się ze wspomnianego motta tz. Nigdy, nigdy, nigdy się nie poddać” – co (odkąd sięgam pamięcią) zawsze  było moją dewizą. Choć jest ta determinacja dosyć trudna, ale jednocześnie daje wielką satysfakcję i często przynosi mniejsze lub większe sukcesy. Jednocześnie muszę wyjaśnić, że nie jestem uparty dla samej zasady, gdyż często daję się przekonać i gdy ktoś mnie przekona, to zmieniam zdanie, jako że nie ma ludzi nieomylnych. Od zawsze  też wyznaję zasadę, że nie liczy się argument siły, ale siła argumentów.
                                              foto. Ewa Bilicka (NTO-"Jestem bojownikiem")

PS.
1.
Właściwie to od dziecka interesowała mnie polityka. Pamiętam, że jako maluch bawiąc się pod stołem u dziadków, słyszałem rozmowę mego dziadka (Maksymilian Czuryłowicz vel Czuryło) z jego kolegą z pracy panem Janem, który był jednym z nielicznych osób niemal cudem uratowanych z Katynia. Pan Jan był koniuszym wożącym zwłoki zamordowanych polskich oficerów do dołów śmierci. Tylko dlatego, że kolega mego dziadka był nic nie znaczącą osobą dla Sowietów, stąd tylko to uratowało go od podzielenia losów internowanych i wymordowanych polskich oficerów .
Mimo, że nie wiele rozumiałem wtedy z tamtych przypadkowo usłyszanych rozmów, to na długo zapadły mi one w pamięci i dopiero wiele lat później dowiedziałem się i zrozumiałem czym był Katyń.

2.
Z początkiem 2000r  rzuciłem się w wir polityki, gdyż wiele spraw dziejących się w Polsce bardzo mi się nie podobało i na pewien czas wraz żoną związaliśmy się z Ligą Polskich Rodzin,  sądząc że może jakoś przyczynimy się do poprawy bardzo niezdrowej wówczas sytuacji społeczno-politycznej w naszym kraju.
Szybko znalazłem się w Zarządzie Regionu LPR Opolszczyzny, w którym pełniłem funkcję rzecznika prasowego. Mieliśmy wtedy dosyć znaczne sukcesy, gdyż w notowaniach organizacji politycznych na Opolszczyźnie byliśmy w ścisłej czołówce, a zyskaliśmy bardzo wielkie poparcie społeczne, gdy medialnie  bardzo nagłośniliśmy tzw.  „Sprawę kamienicy w Głogówku”, która poprzez różne kruczki prawne, miała być odebrana polskim właścicielom i przekazana na rzecz obywateli (spadkobierców) z Niemiec. Po wielu procesach w Prudniku, tamte roszczenia obywateli niemieckich w końcu zostały oddalone, co w odbiorze społecznym traktowano jako bardzo wielki sukces również opolskiej LPR.
Moją przygodę z polityką zakończyłem w 2006 r , a rok wcześniej (2005) wraz z żoną napisaliśmy list otwarty do ówczesnego szefa LPR pana Romana Giertycha, bardzo dosadnie wytykając mu kardynalne błędy w prowadzeniu tej organizacji. Tamten nasz list otwarty zrobił dosyć wielkie poruszenie w Zarządzie Głównym LPR, jednak  nic to nie zmieniło w dalszej działalności władz centralnych tej partii, która szybko stała się organizację kadłubową, by w końcu całkowicie zniknąć z polskiej sceny politycznej. Mało pocieszającym było to, że w naszym liście otwartym  przewidzieliśmy i sygnalizowaliśmy takie właśnie losy tej - wydawałoby się bardzo uczciwie zorganizowanej – organizacji politycznej.