poniedziałek, 25 listopada 2013

Wielkie Serce

W tym samym czasie w 1984r namalowałem też inny portret Ojca Świętego JPII (na płycie pilśniowej), z którym to obrazem miałem wielkie problemy. 
Polegały one na tym, że mimo iż wszystko jakby było na obrazie w porządku, podobizna twarzy uchwycona, itd, ten obraz nie do końca się wszystkim podobał, a ja byłem wręcz załamany.

Wielokrotnie i na różne sposoby przerabiałem i przemalowywałem ten obraz, aż wreszcie obraz wyglądał tak jak powinien i również wręczyliśmy go z żoną jako upominek w kręgi rodzinne. W tamtych czasach (rok 1984/85) były pewne problemy z zakupem odpowiednich ram do obrazu, tym bardziej że ten portret miał nieco nietypowe wymiary i nie można go było oprawić gotową ramą. W tej sytuacji u góry obrazu gwoździem przebito mały otwór i obraz zawisł w rodzinie bezpośrednio na ścianie – jedynie na gwoździu i bez oprawy.



Portret papieża na tym gwoździu wisiał sobie przez kilka lat na ścianie, jednak przyszedł czas na odnowienie i pomalowanie ścian , dlatego obraz zdjęto. Jakież było zdumienie, gdy pod obrazem zobaczyliśmy jak wyglądała ściana pod tym obrazem i w jaki sposób oraz w jaki kształt ułożył się kurz na ścianie, który zawsze zbiera się pod wszystkimi obrazami na każdej ścianie.

Po zdjęciu portretu papieża, w tym miejscu znajdowało się wielkie serce, które utworzył właśnie ten kurz zbierający się przez lata pod obrazem. 

Było to coś niezwykłego, gdyż serce miało wielkość około 30 centymetrów i było znacznie jaśniejsze od ściany, którą przez wiele lat kurz znacznie przyciemnił. Po rodzinnej naradzie na temat tego "niezwykłego obrazu” przerwano prace związane z malowaniem pokoju.


Wielokrotnie różne osoby ( w tym również księża ) odwiedzający rodzinę, pytali co to za dziwny malunek przedstawiający serce na ścianie i zawsze bardzo się dziwili tak niespotykanemu efektowi samoistnego ułożenia się drobinek kurzu pod portretem Ojca Świętego Jana Pawła II. 


Co to może oznaczać? Nie wiem. 
Choć wszyscy widzący to Wielkie Serce na ścianie powstałe z kurzu pod obrazem mają swoje zdanie na ten temat. 
Pamiętam, że mój śp. teść wielokrotnie powtarzał: „... a wtedy przyjdzie jedno WIELKIE SERCE i ono ozdrowi ludzi ...” - często cytując nam fragmenty polskiej poezji.

Pierwsze obrazy

Moja przygoda z malarstwem rozpoczęła się dosyć nietypowo i trochę zaskakująco w 1984 roku, w czasie gdy pracowałem jako konstruktor specjalista w Zakładzie Naukowo–Badawczym kędzierzyńskich „AZOTÓW”.
Mój teść był bardzo dobrym oraz znanym malarzem i często namawiał mnie do malowania mówiąc:Grzegorz, ty masz bardzo dobre wyczucie perspektywy, a w końcu pracujesz na desce kreślarskiej i masz pojęcie o rysowaniu, to na pewno malowanie obrazów nie będzie dla ciebie trudnością”.
Nie specjalnie mnie „kręciły” te zachęty teścia, jednak bardzo często obserwowałem jego pracę oraz całymi godzinami potrafiłem siedzieć i ją podziwiać, a szczególnie wielką i niezwykłą sprawność z jaką malował swe obrazy. W prezencie ślubnym teść namalował nam portret Stańczyka wg obrazu Jana Matejki. Ten „STAŃCZYK” do dzisiaj wisi w naszym domu na honorowym miejscu.

Kiedyś dałem się namówić teściowi na namalowanie pejzażu olejnego, ale szło mi to „jak po grudzie” i na wiele lat dałem sobie spokój z malowaniem. Po śmierci teścia w listopadzie 1983r pozostało po nim mnóstwo farb, pędzli, werniksów, zagruntowanych płócien i wszelkich akcesoriów malarskich, z którymi nie bardzo było wiadomo co zrobić, gdyż nikt specjalnie nie był zainteresowany kontynuacją działalności mego teścia.
Wówczas coś mnie tknęło i mówię do teściowej:Może gdzieś w komórce złożyć ten sprzęt, bo kto wie - może ja zrobię z niego jakiś użytek – tym bardziej, że tato często zachęcał mnie do malowaniaOkoło pół roku później coś mnie napadło i oznajmiłem rodzinie, że biorę się za malowanie obrazów. 

 Stało się to dokładnie 01 marca 1984r. Żona bardzo się zdziwiła moim nagłym olśnieniem i chęcią do malowania, natomiast synowie ( wówczas 10 lat i 7 lat) bardzo się ucieszyli, że tato będzie malował tak jak dziadek. Jednak widząc moje nieporadne zmagania z pędzlem i farbami oraz nieudolne tego efekty, szybko ogarnęło ich zwątpienie co do zdolności malarskich taty. Mimo to, jednak bardzo uważnie obserwowali moją pracę – co i rusz doradzając mi – a raczej krytykując poszczególne elementy malowanego obrazu.
 Pierwszy obraz (pejzaż) o wymiarach 40x25 cm malowałem przez trzy dni. W trakcie malowania obraz jakby podzielił się na trzy części. Pierwszą część (z prawej strony) malowałem jeden dzień i ta część dokładnie pokazywała moje malowanie „na siłę”. Drugą część (środkową) malowałem drugi dzień i ta część już była nieco lepsza. Najlepsza była część trzecia, gdyż tu już było widać jakąś nadzieję, że coś tam jednak potrafię. Niestety nie mogę nigdzie znaleźć tego pierwowzoru moich wypocin malarskich.

Potem namalowałem pejzaż zimowy – ten obraz na szczęście zachował się w mojej (kilka razy przenoszonej) pracowni, choć tę miałem dopiero od 1986 roku. Trzecim obrazem był bukiet kwiatów w wazonie, który ku memu zaskoczeniu znalazł nabywcę. Był to czysty przypadek tylko dlatego, że po śmierci teścia, jeszcze przez wiele miesięcy przychodzili do teściowej nabywcy chcąc kupić jakiś obraz, których dosyć sporo uchowało się po śmierci teścia. Ktoś akurat chciał kupić kwiaty w wazonie i teściowa niewiele myśląc pokazała ten mój obraz – nic nie mówiąc, że wcale nie namalował tego jej mąż. 


Ku zaskoczeniu, obraz nawet się spodobał i został kupiony. Była to wielka radość nas wszystkich, a jednocześnie niesamowity dla mnie bodziec i materialna zachęta do dalszego malowania. Czwarty obraz namalowałem dla mojej żony i jest to wizerunek Chrystusa wg odtworzonego zdjęcia z Całunu Turyńskiego. 
Ten obraz do dzisiaj wisi w naszym domu i z wielkim sentymentem niekiedy z uwagą go oglądam, dziwiąc się jak go wtedy namalowałem. 
Wizerunek Chrystusa widoczny po lewej stronie, w środku "STAŃCZYK" - wykonany przez mego teścia

Potem również wykonałem podobnego „Stańczyka” wg obrazu Jana Matejki – też całkiem udana kopia. Później wykonałem jeszcze kilka obrazów i wówczas podjąłem zaskakujące zobowiązanie. 

Jako że zbliżała się pierwsza rocznica śmierci teścia, powiedziałem żonie, że dziesiątym moim obrazem będzie portret Ojca Świętego Jana Pawła II i ten obraz przekażę księdzu po mszy rocznicowej. Gdy już kończyłem obraz (na płycie pilśniowej), bardzo się cieszyłem, gdyż zarówno twarz jak i ręce (najtrudniejsze elementy do malowania) bardzo mi się udały. I tu doszło (dzisiaj tak to widzę) do zabawnego zdarzenia. Zadowolony z malowanego obrazu, w pewnym momencie zwróciłem się do żony z takimi słowami; 
- A może ja kiedyś namaluję jakiś obraz dla papieża?”
Na co moja żona: 
- Ty mi tu nie opowiadaj głupot, tylko bierz się do roboty bo nie zdążysz z tym obrazem.

Po dziewiętnastu latach (28 maja 2003r) mój obraz - kopię obrazu „Matki Bożej z Koźla” wręczono Ojcu Świętemu JPII podczas audiencji generalnej na Placu Świętego Piotra.

Gdy w rocznicę śmierci mego teścia po mszy w jego intencji, wręczyłem proboszczowi obraz z papieżem, ten bardzo się zdziwił, że po moim teściu uchował się tak okazały portret papieża. Jednak jeszcze bardziej się zdziwił i nie bardzo chciał wierzyć, gdy mu powiedzieliśmy, że ten obraz to ja namalowałem właśnie jako dar za mszę rocznicową w intencji teścia. Po latach zawsze gdy się spotykaliśmy, ksiądz proboszcz pamiętał o tamtym moim obrazie, obrazie – którego on z kolei komuś podarował.

Jednak (wspomniany wcześniej) mój trzeci obraz - kwiaty w wazonie - który jako pierwszy został sprzedany, bardzo mnie zdopingował i motywował do dalszego malowania. Tamte pierwsze moje obrazy wpłynęły również i na to, że synowie byli już przekonani, że jednak ich tato potrafi malować obrazy, gdyż tak jak obrazy dziadka, również mają nabywców.

Ale te pewne sukcesy „komercyjne” spowodowały również i to, że kilka co bardziej udanych obrazów przekazaliśmy z żoną jako upominki w kręgi rodzinne i pośród znajomych. Z wielką sympatią wspominam kolejny – bardzo udany - portret papieża, który przekazaliśmy jako upominek memu (ś.p. obecnie) wujkowi z Lęborka, a którego cała nasza rodzina bardzo ceniła i który był przez nas wszystkich bardzo lubiany.

Wkrótce później namalowałem podobny obraz i do dzisiaj „ten drugi PAPIEŻ” wisi na jednej ze ścian naszego domu ( http://fulawka.pl/olejne64.html )